Menu

WAWRZYCZEK W MIEŚCIE

Porozmawiajmy o Gliwicach: and.wawrzy@gmail.com

Jak ożywić centrum?

andwawrzy

Ulica Zwycięstwa umiera. Co tam, już dawno umarła. Nic tylko bank obok banku, a ludzie siedzą w galeriach handlowych. A będzie jeszcze gorzej, bo galerii powstaje coraz więcej – to częsty temat utyskiwania gliwiczan. Są i tacy, którzy znają przyczynę problemu i nawet mają nań receptę. Ich zdaniem galerie wygrywają darmowymi miejscami parkingowymi. Zwycięstwa stoi tu na przegranej pozycji, bo samochodom nie wolno się na niej zatrzymywać. A będzie tylko gorzej, bo przecież władze miasta chcą wprowadzić opłaty za parkowanie na sąsiednich uliczkach. Plany całkowitego zamknięcia centrum dla ruchu to już w uszach malkontentów zapowiedź całkowitej apokalipsy. Czy aby na pewno? Nic bardziej mylnego.

 

Anatomia upadku

W jednym z poprzednich numerów „Życia Gliwic” pokazaliśmy, że Śródmieście rzeczywiście pustostanami stoi. W czasie kryzysu nawet banki zaczęły nieśmiało zamykać niektóre swoje placówki. Sytuacja centrum nie jest do pozazdroszczenia. Czy przyczyniła się do niej ekspansja hipermarketów i galerii handlowych? Z całą pewnością tak. Ulica Zwycięstwa stanowiąca relikt PRLu nie miała szans wygrać z nimi rywalizacji. Wcale nie dlatego, że nie była przyjazna kierowcom. Po prostu nie stanowiła atrakcyjnej przestrzeni publicznej. Nie przyciągała klientów ani ofertą handlową, ani zachęcającym wyglądem, ani jakimś specjalnym klimatem. Była jak wszystko, co pamiętamy z PRLu: szara i byle jaka. Póki nie miała konkurencji, póty żyła i budowała swoją legendę. Być może właśnie ta legenda wszystkich uśpiła, bo wydawało się, że ludzie zostaną choćby z przyzwyczajenia. Ale oni nie zostali. Najpierw uciekali do większych miast, gdzie wolnorynkowe zmiany wchodziły jako pierwsze. Później otwarto zabrzańskie M1 i po markowe buty czy ubrania nie trzeba już było jeździć do Katowic czy Krakowa. Otwarte za miedzą Multikino dodatkowo skomplikowało sytuację gliwickiej kultury. W końcu galerie wkroczyły także do Gliwic, ale wtedy ulica Zwycięstwa było już tylko cieniem samej siebie sprzed dekady. To, że w naszym mieście powstają kolejne handlowe kolosy w żaden sposób nie może pogorszyć już jej kondycji. Trupa nie da się już po prostu bardziej zabić.

 

Wybierzmy własną drogę

Z tym trupem to oczywiście pewna przenośnia. Każdy kto bywa na Zwycięstwa czy na Rynku – bo trzeba pamiętać, że centrum Gliwic nie ogranicza się tylko do jednej ulicy – wie, że ludzi tam nie brakuje. Przyciągają ich biura i urzędy. W okolicy nie brakuje też mieszkańców, którzy siłą rzeczy gwarantują pewien minimalny poziom życia na ulicach. Oczywiście każdemu marzyłoby się, żeby ten poziom był dużo większy. Żeby centrum Gliwic znów było miejscem gwarnym, a przez to przyjaznym dla handlu i usług. Czy w tym celu należy walczyć z galeriami handlowymi upodabniając do nich ulicę Zwycięstwa? W żadnym razie. Takie wysiłki z góry skazane są na porażkę. Spójrzmy prawdzie w oczy – Polacy w swej większości szybko pokochali handlowe molochy i do centrum miasta już nie wrócą. Zamiast jednak płakać nad rozlanym mlekiem, trzeba zawalczyć o tę grupę mieszkańców, która tej zbiorowej miłości nie podziela. Wcale nie jest ona mała, a nawet zdaje się w ostatnim czasie powiększać. Jeśli przyjmiemy, że galeria handlowe są emanacją stylu życia określanego jako „fast food” (to już od dawna nie jest li tylko typ restauracji), to centrum Gliwic projektować powinniśmy jako oazę „slow food”.

 

Powoli czyli dobrze

„Slow food” najprościej zdefiniować właśnie poprzez opozycję do „fast foodu”. „Fast food” jest – jak sama nazwa wskazuje – szybki, ale także masowy, przesadnie kolorowy i bezrefleksyjny. Takie właśnie są galerie handlowe. Centrum Gliwic powinno być inne – spokojne, stonowane, wysmakowane, kreatywne i inspirujące. Taka charakterystyka automatycznie narzuca nam przekrój branż, jakie powinny się tu przewijać: niebanalne restauracje (zarówno takie z egzotycznymi potrawami, jak i takie, które na nowo odkrywają kuchnię polską i regionalną), klimatyczne klubokawiarnie, dobrze zaopatrzone księgarnie (albo – jeszcze lepiej – antykwariaty), galerie sztuki, autorskie butiki, różnorodne manufaktury (czyli sklepy nastawione na jakość sprzedawanych artykułów, a nie ich ilość), a także świetlice oraz punkty zainteresowań. Niestety w tym względzie miasto ma obecnie związane ręce. Z powodu dawnych błędów większość lokali w centrum miasta znajduje się dziś w prywatnych rękach, więc magistrat nie ma już wpływu na to, jaka jest prowadzona w nich działalność. Urzędnicy nadal ma jednak wpływ na inne aspekty miastotwórcze.

 

Zmiana „targetu”

Galerie handlowe nastawiają się na klientów zmotoryzowanych? W takim razie centrum miasta niech wyjdzie na przeciw pieszym i rowerzystom. Nie bójmy się zamieniać ulic na deptaki i ścieżki rowerowe. Świadoma rezygnacja z samochodu to też jest element kultury „slow food”. Jeśli chcemy otworzyć się na przedstawicieli kultury alternatywnej – a innego wyjścia zasadniczo nie mamy – to musimy dostosować przestrzeń publiczną do ich preferencji. Co to oznacza? Mniej samochodów, a więcej zieleni. Mniej betonu, a więcej designu. Mniej hałasu, a więcej klimatu.

Na tym oczywiście nie koniec możliwych do przeprowadzenia zmian. Galerie handlowe zamykają o 21? Niech centrum miasta nastawi się więc na życie nocne. Co to właściwie oznacza z punktu widzenia urzędników? Ot chociażby konieczność stworzenia i skutecznego wypromowania dobrze funkcjonującej komunikacji nocnej. Podkreślam słowo "wypromowania", bo choć autobusy kursujące przed i po północy, po latach starań mieszkańców, udało się w końcu Gliwicach uruchomić, to ani miasto, ani organizator przewozów nie robią nic, żeby wypełnić je pasażerami. Czyżby czekali tylko na pretekst do ich ponownego zlikwidowania?

 

Miasto kreatywności

Wróćmy jednak na ulicę Zwycięstwa. Zmiany, które mogą ją ożywić nie kończą się bowiem na lokalach użytkowych. Również właściwe wykorzystanie okolicznych mieszkań ma znaczenie. Zamiast przeznaczać je na lokale socjalne dla najbiedniejszych – którzy najczęściej i tak nie uczestniczą aktywnie w życiu miasta – lepiej oddawać je we władanie ludziom kreatywnym. Artyści – bo o nich głównie mowa – nie tylko generują w swoim otoczeniu pozytywny ferment intelektualny, ale mogą także odwdzięczyć się miastu za wsparcie tym, co mają najcenniejszego, czyli swoją sztuką. O co konkretnie chodzi? O pracownie malarskie, atelier fotograficzne, niewielkie galerie autorskie, kluby z muzyką na żywo, prywatne sceny teatralne czy kabaretowe. To jest właśnie prawdziwe życie, którym powinno tętnić miasto. Nie naśladujmy więc ślepo galerii handlowych. Nie próbujmy na siłę skopiować ich sukcesu. Nie spoglądajmy tęskno za sklepami z bielizną czy obuwiem, które uciekły do handlowych molochów. Zamiast tego twórzmy zupełnie nową jakość. Jakość niszową, ale dzięki temu unikalną, niepowtarzalną i przyciągającą.

--

Tekst został opublikowany w "Życiu Gliwic" nr 5/2013 z 6 maja 2013 r.

Komentarze (1)

Dodaj komentarz
  • gwaw

    niezłe. wyrazy uznania.
    O tych artystach w centrum to juz wymyslili podobno w Los Angeles ale chyba nie opatentowali.
    Deptak na głównej ulicy to ostatnio pomysł w Czestochowie - pamiętam za komuny jak coś takiego zobaczyłem w Bytomiu i się zachwyciłem.
    Niedawno liczyłem banki na zwycięstwa - było ok. 30 Kto tam chodzi w czasach internetu? Pewnie zamożni emeryci będący na bakier z komputerami.

© WAWRZYCZEK W MIEŚCIE
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci