Menu

WAWRZYCZEK W MIEŚCIE

Porozmawiajmy o Gliwicach: and.wawrzy@gmail.com

Kiedy pytają mnie: Autonomia

andwawrzy

Kiedy pytają mnie (tym zdaniem, zapożyczonym od prezydenta Bronisława Komorowskiego, będę od dzisiaj zaczynał notki poświęcone moim osobistym poglądom na różne sprawy natury ogólnej) czy jestem za autonomią Śląska, odpowiadam, że jestem przeciw. Dlaczego?

Ruch Autonomii Śląska – bo głównie on promuje dziś ideę autonomii – to mieszanka postulatów prosamorządowych i prośląskich. Oczywiście w pełni popieram ruch decentralizacyjny w Polsce, ale zabarwienie go ideologią narodowościową sprawia, że całość przybiera posmaku nazbyt radykalnego i (wbrew woli liderów ruchu) separatystycznego. Komunikat RAŚ wydaje się jasny – chcemy samorządnych regionów, które będą przekazywać do centrali wyłącznie te kompetencje, których same nie są w stanie realizować samodzielnie; chcemy tego, bo jesteśmy obywatelami. Wypowiadanie tych słów pod żółto-niebieskim sztandarem sprawia jednak, że ostatni fragment zdaje się brzmieć "chcemy tego, bo jesteśmy Ślązakami".

Co by była jasność. Ja osobiście Ślązakiem nie jestem. Owszem, pół mojej rodziny pochodzi ze Górnego Śląską (konkretnie spod Cieszyna). Owszem, urodziłem się i mieszkam w Gliwicach. Owszem, zdarza mi się mówić gwarą (chociaż bez akcentu). Ale nie jestem Ślązakiem. Jestem Polakiem. Jestem mieszkańcem województwa śląskiego. Jestem gliwiczaninem. Występując z tej pozycji, razi mnie stosowanie przymiotnika "śląski" w kontrze do "polski", a właśnie to w dużej mierze robią działacze i sympatycy autonomii. Na porządku dziennym jest na przykład mówienie "Polacy" w trzeciej osobie. Bardzo symboliczna była też sprawa wymiany biało-czerwonych krzesełek na Stadionie Śląskim na żółto-niebieskie. Jestem oczywiście jak najdalszy od stwierdzenia, że narodowość śląska to jest "ukryta opcja niemiecka", ale opcja polska to też z pewnością nie jest. A ja jestem zwolennikiem opcji polskiej.

Czym jest opcja polska? Opcja polska to nic innego, jak postulaty prosamorządowe pozbawione naleciałości narodowych i niepotrzebnych aluzji do czasów słusznie minionych. II Rzesza i historyczna Autonomia Śląska to jest kawał historii tych ziem. Historii, która ukształtowała ten region, ale już dawno przeminęła i nie wróci. Bo też nie ma potrzeby, żeby wracała. Pełna samorządność jest z pewnością tym, do czego należy dążyć, ale powinna to być samorządność nowoczesna, a nie wzorowana na tym, co było przed wojną. Tymczasem promowany przez RAŚ Statut Organiczny począwszy od nazwy, a na większości zapisów skończywszy, to właśnie próba powrotu do ideologii mocno już przeterminowanej.

Jakiej więc samorządności bym oczekiwał? Przede wszystkim – i tu dochodzimy do kolejnego punktu zapalnego pomiędzy postulatami moimi a RAŚ – nie powinna to być samorządność regionalna. Żyjemy w regionie, którego mieszkańcy w dużej części są imigrantami z innych części kraju i którzy nie podzielają tożsamości regionalnej autochtonów. Co więcej, nawet spora grupa autochtonów już tej tożsamości nie podziela. Tak jak podkreśliłem wyżej, dla mnie Śląsk to tylko jedno z 16 polskich województw, które na dodatek niewiele ma już wspólnego z historycznym Śląskiem. Nie chodzi oczywiście wyłącznie o granice administracyjne, ale przede wszystkim zależności funkcjonalne. Katowice, Gliwice czy Zabrze tworzą dziś z Sosnowcem i resztą nie-śląskiego przecież Zagłębia jedność nie do rozerwania (choć RAŚ widziałby Sosnowiec w innym województwie). Nie sposób obecnie porównywać związków katowicko-sosnowieckich do na przykład katowicko-opolskich, które właściwie nie istnieją. Chyba nawet do Krakowa jest dziś Katowicom bliżej (mówi się o zacieśnianiu współpracy między samorządami), niż do śląskiego z dziada pradziada Opola. Śląsk – jak mówi definicja – jest krainą historyczną i niech historyczną pozostanie.

Dla obecnego pokolenia (przynajmniej dla mnie osobiście) i pokoleń przyszłych podstawową orientacja jest i będzie natomiast orientacja miejska. Jakiś czas temu zauważyli to już socjologowie, a dziś zaobserwować może praktycznie każdy. Wysyp organizacji takich, jak "Stowarzyszenie Moje Miasto" czy "Towarzystwo Upiększania Miasta Wrocławia" (i wiele innych podobnych, które powstają w całym kraju) wyraźnie podkreśla podmiotowość po pierwsze miasta, a po drugie - tego konkretnego miasta (w przypadku SMM jest to kilka miast, ponieważ organizacja ma swoje "oddziały" w różnych punktach aglomeracji śląskiej). Przyszłością naszego kraju nie jest więc autonomia regionalna, ale autonomia miejsko-powiatowa. Ten dopisek o powiecie bierze się z faktu, że miast o wykreowanej podmiotowości jest w naszym kraju nie więcej, jak kilkadziesiąt. Mimo postępującej urbanizacji (obejmującej nie tylko liczbę mieszkańców, ale również znaczenie miast) spora część Polski to jednak wciąż tereny wiejskie i małomiasteczkowe, które z konieczności będą musiały podtrzymać współpracę w ramach powiatów ziemskich. Jest to poniekąd model zbliżony do tego, co obserwować możemy obecnie w Szwajcarii, gdzie – w przeciwieństwie do Niemiec lub Hiszpanii (na te przykłady chętnie powołuje się RAŚ) – nie ma wielomilionowych, autonomicznych regionów, ale małe, samorządne społeczności. Aby lepiej uzmysłowić, na czym polega różnica, podam prosty przykład. Najmniejszy niemiecki kraj związkowy (nie licząc miast wydzielonych) to Saara licząca sobie 2,5 tys. km kw. powierzchni i prawie milion mieszkańców. Tymczasem większość szwajcarskich kantonów to dawne księstewka liczące sobie od kilkudziesięciu do kilkuset tysięcy mieszkańców. Porównanie do polskich powiatów wydaje się więc jak najbardziej słuszne.

Pełne upodmiotowenie tak małych jednostek jak miasta czy powiaty ograniczy do minimum główny problem polskiego samorządu, jakim jest kontrast pomiędzy centrum i peryferiami. Cała idea autonomii (śląskiej czy jakiejkolwiek innej) bierze się wszak z poczucia niesprawiedliwości, że centrum (czyli stolica) bogaci się kosztem peryferii (czyli prowincji). Problem ten jest dostrzegalny i w skali kraju (Warszawa kontra reszta Polski) i – co istotne – również w skali poszczególnych województw (np. subregion katowicki kontra Częstochowa czy Bielsko-Biała, które po utracie własnych województw czują się pokrzywdzone), a nawet aglomeracji (np. spory pomiędzy Katowicami, a pozostałymi miastami GOPu). Oczywiście tak upodmiotowione miasta i powiaty nadal będą mogły przekazywać część ze swoich uprawnień do wyższych instancji (województw czy związków komunalnych), które pełnić będą funkcje pomocnicze i koordynujące. Istotne w tym modelu na pewno jest to, że równowaga decyzyjna przeniesiona zostanie z centrum w stronę peryferii, a o kształcie Polski przestanie decydować jednoosobowo rząd w Warszawie, bo odpowiedzialność za wspólnotę państwową przejdzie w ręce tworzących ją samorządów. W tym aspekcie, jak sądzę, moje poglądy są akurat zbieżne z tym, co głosi RAŚ i jego sympatycy.

Komentarze (4)

Dodaj komentarz
  • pogin

    Co do ogólnej oceny zgoda - samorządność regionalna w możliwie pełnym zakresie - tak. Z jednym wszelako zastrzeżeniem dotyczącym mitu o bogaceniu się centrali kosztem regionów. Centrala nie bogaci sie kosztem regionów, sama na rzecz regionów ponosi największe koszty. Wrażenie o zabieraniu regionom dla centrum jest rzeczywiście powszechne, ale to w żadnym wypadku nie oznacza, ze wrażenie to pokrywa sie z prawdą. Jakikolwiek pogląd nie staje się prawdziwym tylko przez to, że wielu ludzi uważa go za prawdziwy. "Vox populi - vox dei" jest czysta demagogią i figurą retoryczną. Jest dowiedzione, że Warszawa ponosi największe koszty na rzecz regionów. Co nie znaczy, że z nich nie korzysta - napływają do Warszawy migranci z całego kraju, korzysta więc z ich pracy, ale za to oddaje największe kwoty na wyrównywanie poziomu. Cały problem samorządności sprowadza się do stosowanego modelu i sama idea samorządności jest wystarczającym argumentem, nie trzeba wcale mieszać do tego pojęć regionalizmów, narodowości i innych, a już na pewno nie ścigać się w wypominaniu kto na czym bardziej korzysta.

  • andwawrzy

    Termin "stolica" należy tu rozumieć szerzej. Nie tylko stolica kraju, ale też stolica województwa na przykład. A "bogacenie się" to też nie tylko kwestia pojemności budżetu miasta, ale szeroko rozumianej akumulacji: dóbr, instytucji, miejsc pracy itp.

  • pogin

    Rozumiem co masz na myśli i pełna zgoda, przyznasz jednak, ze własnie w powszechnej opinii tak to funkcjonuje i własnie RAŚ na to powołuje się w swoich akcjach. Temat jest mi dość bliski i obserwowałem to już niejeden raz - często tam pada własnie taki argument: "Warszawa żyje naszym kosztem", "Warszawa nam zabrała" itd. itp.
    Być może świadomość działaczy jest większa, ale przekaz dla odbiorców jest taki i oni to pojmują zupełnie dosłownie.
    Zresztą to szczegół, powiedzmy o charakterze "marketingowym".

  • andwawrzy

    W powszechnej opinii tak to rzeczywiście funkcjonuje, a jak jest w życiu to ciężko mi stwierdzić, bo jakoś szczegółowo tego nie analizowałem. Symboliczne było na pewno odbudowywanie Warszawy cegłami zwożonymi ze Śląska. Wiele osób wciąż to pamięta. Faktem jest natomiast, że Śląsk nie jest już taką lokomotywą, jaką był dla polski przed wojną czy nawet w PRLu jeszcze. I choćby z tego powodu nie ma sensu wracać do tamtej autonomii.

© WAWRZYCZEK W MIEŚCIE
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci