Menu

WAWRZYCZEK W MIEŚCIE

Porozmawiajmy o Gliwicach: and.wawrzy@gmail.com

In car we trust, czyli dominacja samochodu

andwawrzy

Pisałem ostatnio o tym, jak Zarząd Dróg Miejskich przenosi w mniej dogodne miejsca przystanki komunikacji miejskiej, żeby zrobić więcej miejsca dla samochodów. Dlaczego tak się dzieje? Bo w Gliwicach piesi i pasażerowi komunikacji miejskiej to obywatele drugiej kategorii, którzy programowo muszą ustępować samochodom. Dziś przykład jeszcze bardziej drastyczny, który zaobsewowałem na osiedlu Kopernika.

Przy ulicy o tej samej nazwie powstały nowe miejsca parkingowe. Oczywiście powstały kosztem chodnika i ceglanych zieleńców. Klomby owszem nie były może zadbane, a towarzyszące im ławki jakoś specjalnie oblegane, ale można je było niewielkim kosztem zrewitalizować. Jak zwykle prościej jest jednak pozbyć się problemu. Nie o zieleniec jednak mój płacz, ale o chodnik i to nie byle jaki. To bodaj najbardziej uczęszczana piesza arteria na osiedlu. To tędy przebiega droga łącząca bloki w północno-zachodniej części osiedla między innymi ze szkołą podstawową i kościołem. Co to oznacza? Tłumy ludzi. I co się oferuje tym ludziom? Wąziutki przesmyk o szerokości - na oko - nieznacznie przekraczającej metr.

Sytuacja jest tak absurdalna z co najmniej dwóch powodów. Po pierwsze znów spychamy pieszych na margines, żeby zrobić zadość kierowcom. A po drugie, można było zrobić bardzo wiele, żeby osiągnąć kompromis pomiędzy obiema grupami. Wystarczyło zarezerwować pod parking nieco węższy pas terenu. Kolejne zdjęcie pokazuje, że za autami zupełnie niepotrzebnie zostaje obecnie spora rezerwa miejsca.

Można było wprowadzić parkowanie skośne lub w ostateczności zbudować jedno lub dwa miejsca parkingowe mniej. Każde z tym rozwiązań pozwoliłoby uniknąć blamażu. Nie zrobiono jednak nic, co wyraźnie pokazuje, że ani zamawiający, ani projektant, ani instytucje, które powinny ich kontrolować (jak Rada Osiedla) nie stanęły na wysokości zadania.

Problem panoszących się po osiedlach mieszkaniowych samochodów nie narodził się oczywiście wczoraj. Przez 28 lat mojego życia, które spędziłem właśnie na Osiedlu Kopernika miałem okazję obserwować, jak rosnąca armia kierowców zawłaszcza kolejne fragmenty osiedla. Weźmy na przykład ulicy Centaura.

Kiedyś była tu górka saneczkowa, plac zabaw i boisko, z których korzystały dzieci z całej okolicy. Ja zresztą też. A dziś? Miejsce, w którym słychać było dziecięcy śmiech szczelnie wypełniają milczące stalowe puszki na kołach. Zamiast ogólnodostępnego terenu rekreacyjnego zrobiono niespełna 40 miejsc parkingowych, z których wolno korzystać wyłącznie mieszkańcom jednego bloku. W taki oto sposób zawłaszcza się publiczną przestrzeń i degraduje jej funkcję.

 

Samochody niczym rak

Zastanawiałem się do czego przyrównać ten proces i stwierdziłem, że chyba jak nigdzie indziej pasować tu będzie metafora onkologiczna. Każdy z nas ma na skórze niewielkie zalążki zmian nowotworowych w postaci niepozornych znamion. Póki jednak są one małe w niczym nie przeszkadzają. Nie stanowią dyskomfortu, ani zagrożenia dla zdrowia. Jeśli jednak w pewnym momencie komórki takie zaczną się namnażać, to pojawia się poważny problem. Dokładnie tak samo jest z samochodami. Kiedyś było ich niewiele, więc bez problemu mieściły się na osiedlowych ulicach. Co ciekawe i bez samochodu ludzie zdążali wówczas do pracy, potrafili zrobić zakupy i odstawić dzieci do szkoły albo przedszkola. Dziś jak posłuchać opinii krążących na mieście, nie jest to już możliwe bez czterokołowego wsparcia. Samochód z jakichś powodów stał się dobrem obowiązkowym, bez którego nie da się żyć. Zwykło się mówić, że to dlatego, że transport zbiorowy się pogorszył. Ale ja myślę, że to ludzie zrobili się zbyt leniwi. A że przy okazji przyśpieszyło również tempo życia, to czasami rzeczywiście trudno za wszystkim nadążyć korzystając wyłącznie z autobusów. Czy rozwiązaniem powinien być jednak zakup kolejnych osobówek czy jednak delikatne zwolnienie tempa? Wyszłoby to na dobre nie tylko miastu, ale również nam samym.

Dominacja samochodów w naszym życiu codziennym jest dziś tak wielka, że Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej uznało posiadanie własnego pojazdu - na równi chociażby z telefonem komórkowym czy pralką - jako niezbędnego wyposażenie każdego gospodarstwa domowego. Zdaniem Ministerstwa jeśli nie masz auta, a korzystasz wyłącznie z roweru lub komunikacji miejskiej, jesteś ofiarą “wykluczenia społecznego”. Osobiście uważam, że kraj, który wprost dusi się w korkach od samochodowych spalin nie powinien wydawać tego typu dokumentów, lecz raczej zachęcać do korzystania ze zrównoważonego transportu. Tak dzieje się na zachodzie Europy, gdzie liczba zarejestrowanych samochodów na jednego miaszkańca od kilku lat stale maleje i nikt nie czuje się z tego powodu wykluczony. U nas jest wręcz przeciwnie. "In car we trust" - chciałoby się sparafrazować słynną dewizę Stanów Zjednoczonych.

 

Zaprzepaszczona szansa

Wracając do sedna. W momencie gdy zaczął się boom na samochody, a ich liczba zaczęła gwałtownie rosnąć można było jeszcze podjąć skuteczne działania. Jakie? Operacyjne. Tak jak nowotwory wycina się z organizmu, tak i samochody należało zawczasu wyprowadzić poza osiedla. Gdybyśmy wtedy zbudowali dla nich wielopoziomowe parkingi na obrzeżach osiedli, dziś nie byłoby problemu, o którym piszę. W miejscu widocznym na zdjęciu nadal byłaby górka i plac zabaw, i boisko.

To o czym piszę to materialna realizacja tzw. kosztów zewnętrznych transportu. Korzystanie z samochodu nie ogranicza się bowiem do ceny jego zakupu, remontów czy benzyny. Korzystanie z samochodu to również zwiększone koszty leczenia chorób generowanych przez zanieczyszczone powietrze, koszty likwidacji szkód powypadkowych, koszty infrastruktury dedykowanej samochodom i gruntów, które pod tę infrastrukturę trzeba zająć. I tu wracamy do naszej górki saneczkowej. Jej likwidacja na potrzeby parkingu to również koszt. Koszt społeczny związany z topniejącą liczbą miejsc przeznaczonych pod sport i rekreację oraz wymierny koszt finansowy związany z ceną działki, którą można było na przykład sprzedać pod budowę pawilonu handlowo-usługowego. W całym mieście mamy dziesiątki hektarów gruntów zajętych pod parkingi. Mogłoby być ich mniej, gdybyśmy nie budowali bardzo terenochłonnych parkingów naziemnych, ale decydowali się na podziemne lub wielopoziomowe miejsca dla samochodów. Nie zrobiliśmy tego i dlatego nasze osiedla wyglądają tak, a nie inaczej. Każdy może mieć swoją ocenę tego zjawiska, ale moim zdaniem to zdecydowanie zmiana na niekorzyść.

 

Mniej samochodów i bardziej skoncentrowane parkingi

Jakie jest rozwiązanie? Cóż, można spróbować jeszcze inwestycji w wielopoziomowe parkingi na obrzeżach osiedli. Obawiam się jednak, że coraz bardziej rozleniwieni kierowcy odrzucą pomysł wymagający od nich aktywności fizycznej i pieszego pokonywania dystansu pomiędzy parkingiem a miejscem zamieszkania. Inne rozwiązanie to po prostu zmniejszenie liczby samochodów, a w konsekwencji popytu na miejsca parkingowe. Jak to zrobić? Ja osobiście jestem zwolennikiem tzw. opłaty ekologicznej. Nie jest tajemnicą, że skokowy rozwój motoryzacji w Polsce związany jest z dostępem do niedrogich samochodów używanych sprowadzanych zza granicy. Odkąd weszliśmy do Unii Europejskiej i zlikwidowaliśmy cła na takie pojazdy, wlewa się ich do naszego kraju prawdziwa rzeka. Zjawisko jest potrójnie niekorzystne. O tym, że samochód przestał być dobrem luksusowym w związku z czym stanęliśmy przed problemem ich nadmiaru i koniecznością wytyczania coraz to nowych miejsc pod drogi i parkingi już wspomniałem. Sytuacja, w której czteroosobowa rodzina ma trzy samochody ma jednak również inne negatywne zjawiska. Po pierwsze miasto - szczególnie zabytkowe - nie mogąc przyjąć tak wielkiej masy aut naraża się na problem korków, który sprawia, że efektywność korzystania z samochodów spada, a koszt - rośnie. Stojące w korkach auta generują natomiast tumany spalin, które wpływają negatywnie na stan budynków i zdrowie ludzi. Oczywiście rzecz dotyczy przede wszystkim aut starych, czyli właśnie tych sprowadzanych głównie z Niemiec. To ich ilość trzeba ograniczyć w pierwszej kolejności. Stąd pomysł opłaty ekologicznej płaconej w zależności od wieku i wielkości pojazdu. Wpływy z niej przeznaczone byłyby na pokrycie kosztów zewnętrznych rozwoju motoryzacji, ale nie ma sensu ukrywać, że dodatkowy podatek miałby na celu zniechęcenie do zakupu starych, nieekologicznych pojazdów. W efekcie wzrosłaby liczba sprzedawanych aut nowych i spadła całkowita liczba samochodów poruszających się po naszych drogach. To pozwoliłoby miastom nieco odetchnąć od spalin, a gospodarce - szczególnie śląskiej, gdzie przemysł motoryzacyjny jest mocno rozbudowany - złapać nowy impuls do rozwoju. Przy okazji zmalałaby presja na tworzenie złych rozwiązań komunikacyjnych, jak to sfotografowane przeze mnie na osiedlu Kopernika.

 

UPDATE: To jedno z moich ulubionych zdjęć jeśli chodzi o ilustrowanie zagrożenia nadmierną ilością samochodów i zajętej przez nie przestrzeni. Tak wyglądało jakiś czas temu centrum Houston. Być może właśnie dlatego miasto zdecydowało się zainwestować w tramwaje (wspomniałem już o tym tutaj), żeby centrum ich miasta znów mogło odetchnąć.

Śródmieście Houston wypełnione samochodami. Źródło: internet

Czy już wkrótce tak będą wyglądały również nasze osiedla mieszkaniowe?

 

Przy okazji małe wyjaśnienie, bo spotkałem się z opinią, że ten felieton to nagonka na kierowców. Nic z tych rzeczy. Sam od czasu do czasu jestem kierowcą. Nie chodzi o to, żeby samochody całkowicie wyrzucić z naszego życia, bo ich wpływ na rozwój ekonomiczny i społeczny jest nie do przecenienia. Chodzi natomiast o to, żeby znaleźć dla nich rozsądne miejsce w przestrzeni, żeby samochody były w stanie pójść na kompromis z innymi użytkownikami miasta. To raczej nagonka na urzędników i zarządy spółdzielni czy wspólnot mieszkaniowych, które zdają się czasem patrzeć na przestrzeń wyłącznie przez pryzmat aut, co odbywa się niestety ze szkodą dla ludzi. Właśnie o tym jest ten felieton.

© WAWRZYCZEK W MIEŚCIE
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci