Menu

WAWRZYCZEK W MIEŚCIE

Porozmawiajmy o Gliwicach: and.wawrzy@gmail.com

Plac z węglem niczym jątrząca rana

andwawrzy

Przez Facebooka przewinęła się wczoraj ciekawa dyskusja. Wywołał ją Petros Tovmasyan, współtwórca portalu zmiengliwice.pl, który zaproponował likwidację składu węgla przy ul. Jagiellońskiej, jako działalności uciążliwej dla pobliskich mieszkańców. „1. zanieczyszczenie 2. wielkie ciężarówy z węglem 3. brzydota 4. zaniżenie ceny nieruchomości sąsiednich” – punktował zagrożenia wnioskodawca, ale współdyskutantów do swojej opinii nie przekonał. Skończyło się na tym, że „Tovmasyan to lewak”, a każdy ma prawo na swojej działce robić to, co mu się żywnie podoba. Gwarantuje to bowiem święte prawo własności i wolności działalności gospodarczej. Jeżeli zaś nawet w grę wchodziłoby szkodzenie sąsiedztwu, to musi to być jakaś realna szkoda, bo sama brzydota to za mało. A w ogóle, to Jagiellońska jest poza centrum, więc już w ogóle nie ma o czym gadać.

A ja akurat zgadzam się z Petrosem. Tak się składa, że mieszkam w pobliżu tego składu i też chętnie bym się go pozbył. Choć, muszę to uczciwie przyznać, ten skład był tu pierwszy. W ogóle jest w tym miejscu od dawna. Pewnie tak samo długo, jak stojąca niedaleko wypełniona azbestem chłodnia pohutnicza. W zasadzie to jej główną wadą też jest to, że jest brzydka i też jest tam od tzw. zawsze. Czy to wystarczy, żeby chcieć ją wyburzyć? Moim zdaniem tak. Oczywiście to tylko bezfunkcyjna ruina, a plac po drugiej stronie to prężnie działające przedsiębiorstwo. Oba te miejsca mają jednak ze sobą coś wspólnego – są antymiejskie. Co to właściwie jednak znaczy?

Miasto to nie jest przypadkowy zbiór działek i budynków. Miasto to wspólnota, a wspólnota z góry zakłada działania altruistyczne, a nie egoistyczne. Przede wszystkim jednak idea miasta zakłada planowanie. Od samego początku, czyli od tzw. założenia, kształt miasta nie jest wynikiem oddolnej inicjatywy jednostek, ale odgórnych decyzji władz i współpracujących z nimi urbanistów. Oczywiście zakres tego planowania można regulować od bardzo ścisłego do bardziej liberalnego, ale pójście na tzw. żywioł nigdy nie kończy się dla miasta dobrze. Stąd właśnie wzięła się idea uchwalania miejscowych planów zagospodarowania przestrzennego (MPZP), których celem jest projektowanie harmonicznego rozwoju zabudowy oraz ustalanie standardów estetycznych na jej obszarze. Chodzi o to, żeby na terenie miast nie było obiektów przypadkowych, które nie pasują do otoczenia i ogólnego charakteru dzielnicy, w której się znajdują. Coraz częściej miasta idą jednak dalej i wykorzystują zapisy MZPZ chociażby do uregulowania kwestii związanych z reklamą outdoorową.

W Gliwicach planowanie urbanistyczne niestety nie istnieje. MPZP obejmują co prawda blisko sto procent powierzchni miasta, ale tak naprawdę niewiele regulują, a jeśli nawet regulują, to często na przekór powszechnie przyjętym tendencjom. Generalnie przyjmuje się – a bierze się to zarówno z przesłanek estetycznych, jak i ekonomicznych – że miasto powinno być obszarem możliwie zwartym. Gęsta zabudowa śródmiejska powinna stopniowo rozszerzać się i opanowywać tereny, które wcześniej miały charakter przedmieść. Luki w istniejącej zabudowie powinno zaś zabliźniać się plombami o zbliżonym charakterze i funkcji. Twory obce (na przykład tereny przemysłowe) – poddawać natomiast konwersji na cele mieszkaniowo-usługowe. Tymczasem w Gliwicach już na starcie założono, że Śródmieście rozrastać się nie będzie. Dość dobrych zapisów ujętych w MPZP dla Śródmieścia nie przeniesiono więc na dzielnice sąsiednie. Efektem tego jest chociażby skandaliczna moim zdaniem zabudowa, jaka powstała przy skrzyżowaniu ulic Toszeckiej, Warszawskiej i Bohaterów Getta Warszawskiego. Po wyprowadzce z tego miejsca bazy PKSu była szansa na stworzenie pomostu, który scali w jedną całość zabudowę Śródmieścia i Szobiszowic. Mogły tu powstać ciekawe obiekty architektoniczne pełniące funkcje miastotwórcze (mieszkania, biura, drobne usługi, place miejskie, zieleń urządzona itp.) i stanowiące płynne przejście od wysokiej do średniej intensywności zabudowy. Zamiast tego powstała betonowo-blaszana pustynia, która w niczym nie różni się od zabudowy chociażby gliwickiej podstrefy KSSE. Dobrowolnie zgodziliśmy się – głosami radnych Rady Miasta zresztą – żeby do centrum miasta (to dosłownie rzut kamieniem od dworca kolejowego) dostała zabudowa typowo podmiejska. To najlepszy, choć nie jedyny dowód na to, że gliwickie MPZP zupełnie nie spełniają swojej roli.

Niewiele dalej, bo przy ulicy Tarnogórskiej również zaprzepaszczono wielką szansę. Luki w pięknej, wysokiej zabudowie fasadowej uzupełniono karłowatymi kamieniczkami i parterowymi pawilonami. Z pewnością by do tego nie doszło, gdyby do MPZP dla Szobiszowic i Zatorza wpisać dwie naczelne reguły obowiązujące w Śródmieściu, a więc konieczność dostosowania nowobudowanej zabudowy do wysokości okolicznych budynków oraz zakaz „realizacji rozwiązań architektonicznych typowych i powtarzalnych”. Powstanie po tej stronie torów kolejowych centrum handlowego Forum oraz plany utworzenia na terenach kolejowych tzw. nowego centrum to mógł być początek scalania pod względem jakości architektury południowej i północnej części miasta. Do szczęścia nie trzeba było wiele. Wystarczyło dopilnować, żeby piękne kamienice na rogu ulic Tarnogórskiej i Witkiewicza oraz równie efektowne budynki przy ulicach Tarnogórskiej i Świętojańskiej połączyła dobra, typowo miejska zabudowa. I co? Oczywiście klapa. Znów wpuściliśmy do centrum (wciąż jesteśmy przy głównym dworcu kolejowym) zabudowę podmiejską – wielkopowierzchniowe obiekty handlowe wraz z ich gigantycznymi parkingami. Zamiast sprawiać, żeby tkanka miejska się zabliźniała, pozwalamy – w majestacie MPZP – na to, żeby tworzyły się trwałe, ropiejące rany. Wystarczy zerknąć na zdjęcia poniżej, żeby nie mieć wątpliwości co to znaczy, że coś jest „antymiejskie”.

Zabudowa ul. Tarnogórskiej.

A teraz wróćmy do naszego placu z węglem, bo to dokładnie ta sama historia, co w przykładach przytoczonych wcześniej. To również teren, który stanowi pomost pomiędzy zabudową w centrum miasta a pięknymi kamienicami tzw. dzielnicy hutniczej. Tu jednak wciąż jest szansa na to, że w miejscu luki w zabudowie powstanie coś efektownego, wpasowującego się w charakter mieszczańskiej dzielnicy. Aby jednak mieć pewność, że tak się stanie, trzeba w trybie pilnym zmienić zapisy obowiązującego MPZP. Przepisy przyjęte przez Radę Miasta w 2005 roku nie chronią bowiem tego terenu w sposób wystarczający. Tu również nie ma zapisów o zakazie stawiania tzw. blaszaków, ani nakazu dostosowania się do okolicznej zabudowy. Nie ma nawet obostrzeń jeśli chodzi o tzw. uciążliwą działalność usługową. Fakt, że istniejący tu obecnie skład węgla spełnia wszelkie wymogi wynikające z zapisów MPZP najlepiej świadczy o tym, że plan ten jest jedną wielką pomyłką.

A skoro już wspomniałem o działalności uciążliwej. Dużo większym problemem – w moich oczach – niż ten biedny plac z węglem jest funkcjonująca w Śródmieściu baza firmy Remondis. Przedsiębiorstwo to w samym sercu miasteczka akademickiego gromadzi między innymi sterty różnej maści odpadów. Kupka złożona z tworzyw sztucznych jest już tak wysoka, że wystaje zza solidnego ogrodzenia. Już wkrótce oczy studentów i mieszkańców przechadzających się pięknie odremontowaną ulicą Akademicką cieszyć będą takie widoki.

Zwały śmieci na terenie firmy Remondis.

Pikanterii całej sprawie dodaje fakt, że Remondis to dawna spółka gminna (wcześniej funkcjonowała pod nazwą Przedsiębiorstwo Usług Sanitarnych), w której miasto – z tego co wiem – wciąż ma mniejszościowe udziały. Krótko mówiąc, nie tylko tolerujemy jako miasto taki stan rzeczy, ale poniekąd sami przykładamy rękę do robienia ze Śródmieścia wysypiska śm ustronne miejsce, „liberałowie” znów podniosą raban, że czynię zamach na swobodę działalności gospodarczej? Tymczasem w Katowicach wyprowadzkę z centrum planuje dużo mniej uciążliwa dla otoczenia spółka, jaką jest Przedsiębiorstwo Komunikacji Miejskiej. Miasto odzyska atrakcyjne grunty przy ulicy Mickiewicza, które będzie można przeznaczyć na funkcje miastotwórcze, a PKM zarobi na sprzedaży swojej działki niezłą sumkę. W świetle tych faktów utrzymywanie śródmiejskiej bazy Remondisu zakrawa wręcz na niegospodarność. A szkoda, bo zajmowana przez niego działka, granicząca z akademickim deptakiem, mogłaby w niedalekiej przyszłości zaroić się od ciekawych klubów czy powierzchni biurowych skierowanych do firm z branży wysokich technologii współpracujących z Politechniką Śląską.

Na początku felietonu wspomniałem, że tworzenie w centrum miasta zwartej zabudowy to nie tylko kwestia estetyki (o tym już pisałem), ale również ekonomii. Bo czyż nie szkoda terenów o takim potencjale inwestycyjnym przeznaczać na place go składowania śmieci czy sprzedaży węgla? Mówimy o działkach wartych setki tysięcy jeśli nie miliony złotych. Położonych w sąsiedztwie Drogowej Trasy Średnicowej i przy atrakcyjnym trakcie pieszym. Śmieci czy węgiel składować można tak naprawdę wszędzie, a takich terenów w mieście jest niewiele. Tak naprawdę ich komercyjne wykorzystanie wydaje się nieuniknione. Ważne tylko, żebyśmy wyciągali wnioski z wcześniejszych wpadek urbanistycznych i nie pozwolili po raz kolejny zatriumfować taniej, blaszanej architekturze w miejscu, gdzie zwyczajnie być jej nigdy nie powinno.

© WAWRZYCZEK W MIEŚCIE
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci