Menu

WAWRZYCZEK W MIEŚCIE

Porozmawiajmy o Gliwicach: and.wawrzy@gmail.com

O miejskich terrorystach i polach minowych

andwawrzy

Czasami nachodzi mnie ochota na radykalne rozwiązania. Widząc, jak ludzie nie potrafią dojrzeć do roli właściciela psa, który nie tylko wyprowadza swojego pupila na spacer, ale też po nim sprząta (ewentualnie wyprowadza go w miejsca, gdzie sprzątać nie trzeba), zastanawiam się, jakby wyglądało nasze miasto, gdyby w ścisłym centrum obowiązywał zakaz posiadania, a przynajmniej wyprowadzania czworonogów.

Na razie jest nakaz sprzątania, ale kiepsko egzekwowany, czego dowodem jest podwórko mojej kamienicy, gdzie psich kup jest znacznie więcej, niż trawy, a dojście do śmietnika czystym butem to nie lada wyzwanie. Podwórko jest niewielkie, a moja wspólnota dzieli je między innymi z kilkunastopiętrowym blokiem, którego mieszkańcy swoje podwórko zmienili w parking dla samochodów, więc z psami wchodzą na nasze. Można prosić, grozić, robić zdjęcia – nic nie pomaga. Większość właścicieli psów nakaz sprzątania psich kup ma dokładnie w tym samym miejscu, z którego kupy te wychodzą. Teren teoretycznie jest prywatny (osobiście uważam, że każdy skrawek miasta z definicji jest publiczny), więc Straży Miejskiej też się raczej tu nie uwidzi i koło się zamyka.

Zakaz posiadania psów byłby dla mnie i dla wielu innych gliwiczan gigantyczną ulgą. Podobnie jak i dla samych zwierząt, które w ciasnych mieszkaniach zwyczajnie się męczą. Zamknięte po kilka-kilkanaście godzin w czterech ścianach póki właściciele nie wrócą z pracy czy szkoły raczej nie mają okazji nacieszyć się daną im przez stwórcę wolnością. Ja też moją wolnością nacieszyć się nie mogę, bo zamiast podziwiać piękno świata, podczas spaceru patrzeć muszę pod nogi czy przypadkiem za chwilę w coś nie wdepnę. I to wcale nie tylko na trawnikach, ale często nawet na środku chodnika. Cóż, rozumiem, że ktoś nie wyobraża sobie życia bez psa. Niech jednak zabiera go na spacery poza centrum – do lasu albo na nieużytki – lub niech nie wyprowadza go stale. Parę kup w mieszkaniu skutecznie da mu do zrozumienia w czym problem.

Piszący niedawno o sprawie tygodnik „Polityka” zatytułował swój tekst „Okupowani”, co dość zgrabnie podsumowuje plagę, jaką dla przeciętnego człowieka są zamienione w pola minowe trawniki. Ci zaś, którzy te miny rozstawiają – właściciele rzecz jasna, a nie psy, które niczemu nie są przecież winne – urastają natomiast do rangi miejskich terrorystów, którzy tę plagę na swoich sąsiadów (ale też i własne dzieci) świadomie bądź nieświadomie (czyli poprzez własną głupotę) zsyłają. A z terrorystami podobno się nie negocjuje. Stąd zakaz wyprowadzania psów w centrum miasta i wysokie mandaty za jego złamanie uważam za uzasadnione. Rykoszetem dostaną rzecz jasna poczciwi psiarze, którzy na spacery wychodzą z arsenałem foliowych woreczków. Nie jest to z pewnością dobre, ale to z pewnością mniejsze zło, niż sytuacja, z którą mamy do czynienia obecnie.

„Wiosna po raz kolejny odsłoniła jeden z polskich najdotkliwszych estetycznych problemów: psie kupy. Stały się już obiektem happeningów, filmów, skandali i prac naukowych, ale wciąż nie masowego sprzątania” – czytamy w „Polityce”, która podkreśla, że problem jest tyleż estetyczny, co przede wszystkim higieniczny. Liczba zarazków i pasożytów, które mogą być obecne w kale domowych pupili potrafi dać naprawdę wiele do myślenia. Niestety wiele osób najpierw przygarnia do domu psa, a myśli dopiero później. Albo wcale.

© WAWRZYCZEK W MIEŚCIE
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci