Menu

WAWRZYCZEK W MIEŚCIE

Porozmawiajmy o Gliwicach: and.wawrzy@gmail.com

Nielogiczny spór o niepotrzebną drogę

andwawrzy

Przeczytałem tekst Magdaleny Warchali „Gliwiczanie protestują przeciwko budowie drogi w pobliżu szkoły” opublikowany na katowickim portalu Gazeta Wyborczej i nie wiem, co myśleć o sprawie, która jest tam przedstawiona. Chodzi mianowicie o budowę łącznika pomiędzy ulicami Kozielską i Andersa w pobliżu SP nr 1.

Z jednej strony są mieszkańcy, którzy boją się, że nowa droga odetnie ich od parku, a osiedle zatruje hałasem i spalinami. Właśnie dlatego w pismach protestacyjnych wysyłanych do ZDMu przekonują, żeby tej drogi nie budować, bo… nikt nią nie będzie jeździć. „Ruch drogowy z ul. Andersa w stronę centrum nie będzie odbywał się przez nowy łącznik, gdyż stanowić będzie to naddatek drogi, to samo dotyczy mieszkańców, którzy będą chcieli powrócić z centrum miasta (...) i mieszkańców, którzy zamieszkują ul. Kozielską".

Też uważam, że nowy łącznik raczej nie będzie cieszył się dużą popularnością. Tym bardziej, że nieopodal biegnie już przecież ulica Styczyńskiego, która pełni taką samą rolę. Łącznik jako taki należy więc uznać za bezzasadny. Zamiast zwracać uwagę na spaliny i hałas mieszkańcy powinni jednak wskazywać na marnotrawienie publicznych pieniędzy, które zostaną wydane na nikomu niepotrzebne metry kwadratowe asfaltu.

Z drugiej strony jest natomiast ZDM i ślepo popierająca go dyrekcja szkoły. Celowo piszę, że „ślepo”, bo w przytoczonej argumentacji pani dyrektor nie ma za grosz sensu. „Każdy chciałby uczyć się czy pracować na terenach zielonych, ale drogi muszą którędyś przebiegać. Wiele szkół ma pod oknami ulice, a budowa tego łącznika planowana jest przecież już od dawna”. Po pierwsze, (nowe) drogi wcale nie muszą nigdzie przebiegać. Sieć drogowa Gliwic jest dziś zupełnie wystarczająca do obsługi kurczącego się – było nie było – miasta. Jedyne, co jest nam dziś potrzebne, to mądre zarządzanie popytem na drogi. A po drugie, fakt, że coś jest planowane od dawna nie sprawia automatycznie, że ma to jakikolwiek sens. Wręcz przeciwnie. Jeśli plany są wieloletnie, to warto jest konstruktywnie weryfikować, czy ich realizacja ma nadal sens (lub, czy w ogóle go kiedykolwiek miała).

Na jeszcze wyższe piętra absurdu wspina się jednak ZDM, który ustami swojej rzeczniczki przypomina, że jak dziesięć lat temu uchwalany był plan zagospodarowania przestrzennego dla tej części miasta, to mieszkańcy nie protestowali. A poza tym, „obecnie wiele gliwickich rodzin ma nawet po trzy samochody, ruch rośnie, zatem i zmiany w sieci dróg są konieczne”. Zacznijmy od tego, że ludzie, którzy dziś mają małe dzieci i najbardziej protestują przeciwko nowej drodze, dekadę temu byli jeszcze w dużej części nastolatkami, więc ciężko obwiniać ich o to, że wtedy nie wnieśli żadnej skargi przeciwko omawianym planom. Mogli też mieszkać zupełnie gdzie indziej, a do Gliwic sprowadzili się niedawno. Koniec końców mogli też po prostu zmienić zdanie – takie już obywatelskie prawo. Reasumując, brak reakcji przed dziesięciu laty nie może stanowić kagańca na dzisiejsze protesty. Wstyd w ogóle sięgać po takie argumenty. ZDM nie po raz pierwszy udowadnia, że nie ma pojęcia, czym jest społeczeństwo obywatelskie i dialog społeczny. 

Poza tym, zmiany na pewno są konieczne, ale nie w sieci dróg, ale w zwyczajach komunikacyjnych mieszkańców. To z czym mamy do czynienia w Gliwicach to nie jest bowiem sytuacja normalna, ale wynaturzenie komunikacyjne. Transportowy rak, który prędzej czy później rozsadzi nasze miasto od środka. Tym bardziej jeśli „leczenie” polega na tym, że wycina się z ciała kolejne organy, żeby rozrastającemu się nowotworowi zrobić więcej miejsca. Tyle tylko, że w pewnym momencie nie będzie już co wycinać, a guz rosnąć będzie nadal. Kończąc tę medyczną alegorię podsumować należy, że z komunikacyjnym nowotworem postępować trzeba tak, jak z wszystkimi innymi, a więc wycinać bez chwili wahania. Gdybyśmy to zrobili kilkanaście lat temu operacja przebiegłaby bezboleśnie. Dziś już tak łatwo nie będzie, ale za kilka lat taka operacja będzie już prawie zupełnie niemożliwa. Raz rozcięte osiedle już się nie zrośnie z powrotem.

Podsumowując, mamy tu kolejny przykład autorytarnego podejścia urzędników do miasta i mieszkańców, którzy są jego jedynymi właścicielami. Protesty protestami, a ZDM i tak zrobi po swojemu. O ile oczywiście zrobi. Faktem jest, że w Gliwicach od lat nie powstała żadna nowa miejska droga. Pobliska obwodnica bodaj od 8 lat stoi nieruszona. ZDM dużo opowiada o potrzebie zmian w sieci drogowej, ale tak naprawdę niewiele w tej kwestii robi. Również i w tym przypadku mieszkańców i ich osiedle uratować może funkcjonalny paraliż, który od kilku lat trapi gliwickich drogowców. 

Komentarze (1)

Dodaj komentarz
  • Gość: [Silesian] *.dynamic.chello.pl

    Popieram - jestem po tej niechętnej drodze stronie....ale argumentacja faktycznie mogłaby być lepszą :D

© WAWRZYCZEK W MIEŚCIE
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci